Uszy więdną

Na kanwie niedawnej rozmowy z moimi znajomymi chciałbym przypomnieć pewną oczywistą sprawę:

Przed ślubem cnotą jest nie uprawiać seksu. Po ślubie cnotą jest uprawiać seks.

Niezmiennie dziwię się, gdy słyszę o konieczności powstrzymywania się od współżycia akcentowanej tak, jakby była to najważniejsza rzecz w dziedzinie życia seksualnego w małżeństwie.
Nie twierdzę, może się zdarzyć tak, że ktoś będzie miał problem i powstrzymywanie się stanie się jedną z głównych aktywności fizyczno-emocjonalno-intelektualno-duchowych. Taka dobra walka ze sobą. Co więcej, pewien dominikanin (o. W. Prus) powiedział kiedyś, że dla każdego mężczyzny powstrzymywanie się jest wyzwaniem i szansą na odkrycie krzyża w codzienności i zjednoczenie z Panem Jezusem. Według mnie coś w tym jest.
Niemniej jednak jeśli popatrzymy szerzej na współżycie, to powstrzymywanie się jest jedynie elementem przygotowywania dobrego aktu małżeńskiego.
Akcentowanie powstrzymywania jako głównego elementu życia seksualnego świadczy według mnie o niewłaściwym przeżywaniu samego współżycia. Współżycie jest piękne; wymaga czasu, celebracji, rozmowy, przytulania, dobrej atmosfery przez cały dzień itd. Jest dużo rzeczy, które powinny być mocniej akcentowane niż konieczność powstrzymywania się.
Przed ślubem był czas na cnotę powstrzymywania się; po ślubie to jest czasowa konieczność. Weź się do roboty! Dobry seks wymaga od człowieka pracy!

Howgh!

Modest

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Korzystamy z plików cookies. Aby wyłączyć to powiadomienie wystarczy kliknąć na napis.