O czym można pisać i rozmawiać

W małżeństwie potrzeba rozwoju w delikatnej małżeńskiej aktywności, jaką jest seks. Żeby był rozwój, trzeba coś wiedzieć. A zatem – trzeba rozmawiać. Przekaz od rodziców niekoniecznie musi być jedynym źródłem odniesień. Co więcej, skoro nieraz biorą się za mówienie o seksie osoby o niepodważalnie dobrej opinii, takie, które nie wykorzystują seksu do swoich małostkowych celów, to znaczy, że temat nie musi być ukrywany. Jedną z takich osób jest Jan Paweł II, który z taktem pisał o seksie w książkach (Miłość i odpowiedzialność, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich).

 

Współżycie wymaga przeżywania go w wyłącznym zjednoczeniu małżonków. Jasne.

 

W takim razie o czym można rozmawiać z innymi i w jakich okolicznościach? Nie znam innej ogólnej, wyczerpującej i satysfakcjonującej mnie odpowiedzi na to pytanie, niż następujące zdanie: O seksie można mówić tyle, ile domaga się tego miłość.

Jeśli ktoś mówi o seksie w egoistyczny sposób, to nie jest to wartościowe.

 

Inaczej rzecz ujmując, są 2 możliwe powody do mówienia o seksie: poprawianie tego, co jest źle albo rozwijanie tego, co dobre.

Gdyby życie ludzi było całkowicie uporządkowane, to nikt nie musiałby mówić o seksie z wyjątkiem rodziców. Tymczasem nie jest tak i po prostu trzeba zabrać się za ten temat.

Skoro jestem przekonany o pięknie seksu, to chcę się dzielić jego pięknem, umożliwiać innym ludziom odkrycie, że też tak mogą.

 

Są tematy, które interesują inne małżeństwa. Dla przykładu: czy inni się myją przed współżyciem i czy jest to konieczne; czy inni się modlą przed współżyciem; jak przeżywają czas po seksie; czy pozycje seksualne coś wyrażają; jak szukać urozmaiceń w seksie, tak aby nie stracić z oczu więzi małżeńskiej (nie stać się łowcą atrakcji); itd.

Przy okazji tego typu rozmów okazuje się, że nieraz są one okazją do tego, aby jakieś małżeństwo podzieliło się problemem. To nie są rzadkie przypadki. Mam wrażenie, że prawie w każdej rozmowie o seksie, jaką mieliśmy, prędzej czy później ktoś poruszał jakiś problem.

 

Na pewno będzie na tym blogu tak, że członek, ewentualnie penis, będzie nazywany właśnie tak. Pochwa to będzie pochwa, wytrysk – wytrysk a pieszczoty będą nazywane pieszczotami. Itd. Jestem normalny i seks nie kojarzy mi się z czymś brzydkim czy nieprzyzwoitym albo z czymś, z czym trzeba walczyć pruderią. Dlatego nie będę szukał nazw zastępczych  ani nie będę spłycał albo uprawiał kabaretu.

Zakładam, że jeśli ktoś chce poważnie przeżywać swoją seksualność, to nazywa rzeczy po imieniu. Tym bardziej jeśli ktoś jest w małżeństwie i chce – że tak powiem – odnieść sukces w seksie.

Z drugiej strony chcę dodać, że zdaję sobie sprawę, iż do pewnych spraw trzeba dojrzeć. Ale wydaje się, że wszystko dla ludzi. Dasz radę.

 

Niektórym wydaje się, że rozmowa o seksie jest z góry zła, bo prowadzi do nadużyć seksualnych.

W małżeństwie przeżywany poważnie, z radością, w wolności i w szacunku do małżeńskiej intymności seks jest tak pociągający, że inne formy seksu po prostu nie pociągają. To jest tajemnica tego, co możemy nazwać „seks i sakrament”.

 

 

M.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Korzystamy z plików cookies. Aby wyłączyć to powiadomienie wystarczy kliknąć na napis.